"Mieszkaliśmy z ojcem na ulicy Santa Ana, tuż przy placu kościelnym. Nasze małe mieszkanie mieściło się bezpośrednio nad antykwariatem specjalizującym się w sprzedaży zarówno rzadkich egzemplarzy dla bibliofilów, jak i książek używanych." (s. 7)
" - Mój ojciec myśli, że jestem na sumie - powiedziała Bea, nie odrywając wzroku od swego wizerunku. - Prawie jakbyś na niej była. Bo tutaj, mniej niż dwadzieścia metrów stąd, w kościele Santa Ana od dziewiątej rano odprawia się msze bez przerwy." (s. 248)
"Drzwi do księgarni były otwarte i wpadał przez nie przyjemny i nastrajający optymistycznie zapach świeżego chleba i kawy. po jakimś czasie nasza sąsiadka Merceditas, wracająca z zakupów z targu Boqueria, zatrzymała się pod wystawą, po czym wsunęła głowę przez drzwi." (s. 162)
"Nie chciało mi się spać i nawet nie chciało mi się próbować zasnąć. Podszedłem do balkonu i ujrzałem świetliste opary wydobywające się z latarni na Puerta del Angel." (s. 44)
"W poobiedniej porze, gdy temperatura dochodziła już niemal do trzydziestu stopni, ruszyłem ku ulicy Canuda na spotkanie z Bracelo w klubie Ateneo, trzymając pod pachą moją książkę i ocierając pot z czoła. Ateneo było wówczas - i wciąż jest - jednym z tych licznych w Barcelonie miejsc, gdzie wiek XIX wciąż nie wie, że już jest historią. Z pałacowego dziedzińca wznosiły się kamienne schodki, prowadząc ku fantasmagorycznej konstrukcji galerii, sal bibliotecznych i czytelni, gdzie takie wynalazki jak telefon, pośpiech czy zegarek na rękę okazywały się futurystycznymi anachronizmami" (s. 21)
"Owego wieczoru, po zamknięciu księgarni, ojciec zaproponowal mi, byśmy przeszli się do kawiarni Els Quatre Gats na ulicy Montsio, gdzie Barcelo i jego koledzy spotykali się regularnie, gawędząc w gronie bibliofilów o przeklętych poetach, martwych językach i arcydziełach oddanych na łaskę i niełaskę moli." (s. 16)
"Gdy wychodziliśmy z bramy, miasto było jeszcze opustoszałe, po okrytych mgłą ulicach snuli się tylko gdzieniegdzie nocni stróż. Latarnie na Ramblas oświetlały jedynie opary w prowadzącej ku morzu alei, aczkolwiek ich rozrzedzone światła zaczynały już migotać, zwiastując rychłe przebudzenie się Barcelony i zrzucenie przez miasto ulotnego przebrania mglistej akwareli. (s.8)
"Schroniliśmy się w starej kawiarni przy teatrze Poliorama. Usiedliśmy przy oknie i zamówiliśmy bułki z szynką i kawę z mlekiem, żeby szybko się rozgrzać. Po chwili do naszego stolika podszedł wychudzony typ, z grymasem kulawego diabła na twarzy i cały w lansadach.- Czy to, za przeproszeniem, szanowne państwo raczyli byli mieć życzenie na pieczywko z szyneczką?" (s. 191)
„Gdy wychodziłem z bramy, zaczynał padać śnieg i niebo rozpływało się w leniwych świetlnych łzach, które znikały w oddechu. Ruszyłem w kierunku placu Cataluna; wokół nie było żywej duszy.” (s. 477)
"Gdy dotarłem na plac Cataluna, dostrzegłem na środku stado gołębi. Zasłoniły sobą wszystko niby szal białych skrzydeł falujący w ciszy. Zamierzałem obejść cały plac, ale w tej samej chwili zobaczyłem, że ogromne stado gołębi, nie zrywając się do lotu, rozstępuje się przede mną i puszcza mnie środkiem. Zacząłem iść po omacku, patrząc, jak gołębie rozstępują się przede mną, by ponownie połączyć się za moimi plecami." (s. 198)