Reader (do dostania również na DVD) śledzi Moskowitza poszukującego Mossmana, który zaginął 30 lat wcześniej. Jest to również sonet miłosny poświęcony czytaniu, tak samo jak Cień Wiatru Carlosa Ruiza Zafona, przełożony z hiszpańskiego przez Lucię Graves (The Penguin Press, 24,95 USD). Jeśli myślałeś, że prawdziwa powieść gotycka wymarła wraz z XIX wiekiem, ta lektura pozwoli ci zmienić zdanie.
Cień… to poważna sprawa, powieść pełna żartobliwego splendoru i trzeszczących zapadni, historia, w której nawet wątki poboczne mają swoje wątki poboczne. Jest tam nawiedzony dom (no dobra, ale przez co!), który nazywa się Anioł Mgły, a jedynym horrorem straszliwszym od tego, co gnije w jego ceglanej krypcie, jest (oczywiście, señor!) horror nieszczęśliwej miłości. W Cieniu w ogóle jest sporo o miłości, tej nieszczęśliwej i wręcz przeciwnie. Romantyczny obraz Barcelony, a raczej tego, jak mogła wyglądać w połowie XX wieku, jest w miłości wprost skąpany (w rękach Zafona każda scena zdaje się pochodzić z wczesnego filmu Orsona Wellesa), a jeszcze więcej miejsca poświęcono książkom. Narratorem Cienia… jest uroczy dzieciak, Daniel Sempere, któremu zmarła mama, a on jest przerażony, że nie pamięta już dokładnie jej twarzy. Kiedy mówi o tym ojcu, stary Sempere zabiera go w miejsce, które jest z pewnością jednym z najbardziej zachwycających obrazów w literaturze współczesnej: na Cmentarz Zapomnianych Książek. Tam, jak mu powiedziano, każdy odwiedzający może adoptować jeden tom, którym ma się na zawsze opiekować i dbać, by nigdy nie zaginął. Daniel wybiera Cień Wiatru napisany przez pewnego zapomnianego pisarza (Dowa Mossmana swoich czasów, można by powiedzieć), Juliana Caraxa, po to, by odkryć, że pewien przerażający człowiek – o ile jest człowiekiem – powziął sobie za życiowe dokonanie, by spalić każdą istniejącą książkę Caraxa. Historia, która się później rozwija, obfituje w zabójstwa, fałszywe tożsamości i dwa wyjątkowo satysfakcjonujące romanse. Ostrzegam, trzeba być trochę romantykiem, żeby w ogóle się za to zabierać, ale jeśli nim jesteś, to jest rewelacyjna lektura.
Entertainment Weekly, „The pop of King”,
Stephen King, “To żyje! Żyje!”
[fragment]