Carlos Ruiz Zafón i jego niezwykły bestseller

Mimo braku kampanii reklamowej jego powieść „Cień Wiatru” stanowi wydawniczy fenomen: w Hiszpanii sprzedano 300 000 egzemplarzy, zaś w Niemczech stała się „numerem jeden” po tym, jak polecił ją minister Joschka Fischer.

MADRYT . Gdy Carlos Ruiz Zafón był czternastoletnim szczeniakiem, zaczął pisać pięciusetstronicową księgę, a gdy skończył pierwszych dziesięć stron, założył z dwoma kolegami ze szkolnej ławy wydawnictwo. Zamiast wymieniać się naklejkami z piłkarzami albo jeść pestki słonecznika gapiąc się na spódniczki gimnazjalistek w Barcelonie końca lat siedemdziesiątych, Ruiz Zafón pisał, pisał i pisał. Wielką powieść. Jak już wspomniałem, pięćset stron. A co najlepsze, to wysłał ją do wydawcy, Francisca Porrúa (tego samego, który otrzymał rękopis Stu lat samotności, gdy García Marquez był prawie nieznany) i, co już zupełnie nie do wiary, edytor ją przeczytał i odpowiedział coś w tym stylu: „Chociaż musisz się jeszcze wiele nauczyć, pisz tak dalej, chłopcze”.

A, gdy minęło dwadzieścia pięć lat, ten chłopiec, sprytny i uparty, dzięki rękopisowi liczącym nie 500 stron, ale 576, stał się niezwykłym fenomenem literackim: jednym z tych, co pojawiają się raz na wiele lat, i jednym z tych, których wyjaśnienie zwykło wymykać się prawom logiki, a raczej regułom marketingu i reklamy.

Stało się tak, że Carlos Ruiz Zafón przekroczył w Hiszpanii pułap sprzedaży 300 000 egzemplarzy swojej powieści Cień Wiatru (Planeta), historii mrocznej, ale błyskotliwej i wspaniałej, o chłopaku, którego życie nabiera nowych barw z winy – bądź dzięki – pewnej książce.

Ale nadal to nie to jest najbardziej spektakularne w „sprawie Ruiza Zafona”, chociaż jest to już wiele. To niezwykle rzadkie, żeby w Niemczech, kraju zadeklarowanych czytelników i wysokich wskaźników wydawniczych, książka tak trudna jak Cień Wiatru zajmowała „numer jeden” na liście najlepiej sprzedających się, prześcigając zazwyczaj miażdżącego konkurentów Paula Coelho. Wystąpienie niemieckiego ministra spraw zagranicznych, Joschki Fischera, w telewizyjnym programie Czytać z 7. października, było punktem zwrotnym dla szeptanej reklamy tej książki: „Przeczytałem ją w półtora dnia, nie mogłem się oderwać”, powiedział Fischer. Czy trudno by było o lepsze hasło promocyjne?

„Uważam, że czytelnik nie ma narodowości”, tłumaczy Carlos Ruiz Zafón, „że czytanie daje nam intelektualny paszport bez granic i że, w głębi serca, wszyscy czytelnicy poszukują tego samego i czerpią z literatury to samo. W tym przypadku, jak podejrzewam, Niemcy ujrzeli książkę, która ich interesuje, inspiruje, porywa i spełnia obietnice, jakie powinna spełniać każda powieść. Różnica jest pewnie taka, że, z różnych powodów, dostrzegli to wcześniej i z większym entuzjazmem”.

Jego przypadek udowadnia, że równanie marketing = sprzedaż nie jest niezawodne. Relacja pomiędzy bombardowaniem promocją a jej wpływem na myślenie czytelników to ciekawe zagadnienie. Sam Ruiz Zafón pracował jako kreatywny w reklamie, porzucił tę pracę w wieku 26 lat. Dziś może na to spojrzeć z perspektywy czasu i ze znawstwem: „Obawiam się, że reklama jest dużo mniej efektywna, niż nam się wydaje. Marketing służy do tego, żebyśmy się o czymś dowiedzieli – w tym przypadku o książce – ale nie może sprawić, że to coś nam się spodoba. W literaturze sukcesu nie mierzy się za pomocą liczby recenzji, nagród czy informacji na okładkach pism – mierzy go się za pomocą doświadczeń, jakie przeżywa z daną książką każdy z czytelników. A tego nie można kupić ani zmanipulować za nawet pomocą całego marketingu świata. Nie jesteśmy tak głupi, za jakich by chciano, żebyśmy się uważali.

Być może, na przekór temu, co mogłoby się wydawać, chodzi o to, że ludzie, mimo swojego pośpiechu, stresu, szaleństwa i zamiłowania do kulturalnego fast foodu, potrzebują od czasu do czasu podleczyć się za pomocą bardziej złożonych czy głębszych historii… „To, co sprawia, że czytamy, że poszukujemy, to nie jest narzucona z zewnątrz bulimia kultury light. Dlatego, na dłuższą metę, ta cała gama produktów, które nam wychwalają, ładnie opakowują i wciskają, nie zaspokaja intelektualnego apetytu czytelników. Akt czytania, sam w sobie, jest czymś zupełnie odwrotnym niż to wszystko”, myśli głośno pisarz.

On sam jest, niewątpliwie, najbardziej zaskoczony fenomenem Cienia Wiatru, książki ani trochę, bądź nawet wcale, niepodatnej na zostanie bestsellerem. „Zawsze uważałem, że Cień Wiatru jest zupełnym zaprzeczeniem typowego hiszpańskiego hitu książkowego i, że z całą prędkością mknie w przeciwnym kierunku niż ta cała autostrada aktualnych konwencji i literackich mód”.

Carlos Ruiz Zafón jest gorącym zwolennikiem antybanalizacji, chociaż przyznaje, że zarówno kino, jak i dzisiejsza literatura, generalnie zaliczają się do tej kategorii. Nie traci jednak nadziei: „Banalizacja jest procesem ogólnym, który wydaje się nawiedzać wszystkie dziedziny współczesnego życia. Z drugiej strony wierzę, że istnieje wystarczająca liczba wyjątków, żeby dało się przeżyć, skacząc od jednego do drugiego z nich, niczym z kamienia na kamień w rzece, która nas porywa”, tłumaczy.

Na punkt wyjściowy swojej opowieści Ruiz Zafón wybrał borgesowską metaforę cmentarza zapomnianych książek. To wybór niebanalny, proszę zwrócić uwagę na mój dobór słów. „Wydało mi się, że to dobra metafora czasów, w których żyjemy, a przede wszystkim tego, o czym zapominamy lub odkładamy na bok – książki, ludzi, idee – na korzyść tego, co przeciętne. Wszystkie moje opowieści rodzą się z jakiegoś obrazu. Ten borgesowski labirynt był dla mnie punktem wyjścia. Może dlatego, że lubię labirynty, albo dlatego, że czasem myślę, że żyjemy w jednym z nich”.

Książka, która tak przypadła do gustu ministrowi Joschce Fischerowi jest pierwszym ogniwem czterotomowej serii, którą Carlos Ruiz Zafón osadził w tajemniczej i gotyckiej Barcelonie (druga część, nad którą właśnie pracuje, jest hołdem dla Gaudiego). Jak wyjaśnia autor, „Pomysł ten narodził się krótko, zanim zacząłem pracę nad książką. Bardziej, niż o tetralogię, chodzi tu o pewien kalejdoskop narracyjny, który ma wiele wejść i wyjść. Taki jest projekt i jedyne, czego pragnę, to to, żeby mój mózg i szczęście pozwoliły mi na jego skończenie, wraz z czytelnikami, którzy dali mi swoje wotum zaufania”.



Z Hollywood na las Ramblas

Carlos Ruiz Zafón zamierza opuścić Los Angeles, by powrócić do ojczystej Barcelony. Nostalgia? Obrzydzenie warunkami życia w kinematograficznym imperium? „Zwyczajnie wracam do „starej Europy”, jak to się teraz mówi, w której i tak spędziłem już większą część roku. Zamierzam osiąść w Barcelonie, ponieważ jest moim miastem, a także dlatego, że smoki, wcześniej czy później, wracają do swojej jaskini”, tłumaczy Ruiz Zafón. Autor Cienia Wiatru dotychczas zarabiał na życie w Los Angeles jako scenarzysta „filmów, których nikomu nie polecam”, podkreśla. Wyjechał do Stanów Zjednoczonych z dwóch powodów: po pierwsze, odległość miała mu pozwolić pisać o swoim mieście „z odpowiednim dystansem”, a po drugie, fascynowała go amerykańska kultura, zarówno kino, jak i muzyka czy literatura. „Wyruszyłem na poszukiwanie Gershwina, Faulknera i Orsona Wellesa, ale z nich nic już nie zostało”, powiedział Carlos Ruiz Zafón.

A, skoro już mowa o kinie, to Cień Wiatru jest historią, która już wzbudziła już oczywiste zainteresowanie niejednego kinowego twórcy jako potencjalny zalążek filmu. Jak na razie wydaje się, że na rozmowach z pisarzem najwięcej zyskał producent Andrés Vicente Gómez. Ruiz Zafón dał mu już do zrozumienia, że sprzeda prawa do sfilmowania książki tylko, jeśli będzie możliwe zrobienie „godnej adaptacji filmowej”.

Borja Hermoso

EL MUNDO, niedziela, 2. listopada 2003, KULTURA