Ruiz Zafón i Cień Wiatru triumfują w Niemczech

BARCELONA. Wiatr z południa mknie przez Europę. Cień Wiatru Carlosa Ruiza Zafona uplasował się na pierwszym miejscu „Buchreport/Spiegel”. „Podczas dwóch ostatnich tygodni pisano o nim w Niemczech więcej, niż w Hiszpanii w ciągu dwóch lat”, komentuje pisarz. Pochwały ministra Joschki Fischera i sukces na Frankfurckich Targach Książki stanowią symbol triumfu czytelnictwa nad surową dialektyką rynku.

Maj 2001. Spośród pakunków wypełnionych wydawniczą nadprodukcją wyróżniał się opasły tom. Na okładce piękna, czarno-biała fotografia. Scenę uchwycił Francesc Català-Roca w powojennej Barcelonie: ojciec w jesionce prowadzi za rękę chłopca poprzez spowitą mgłą aleję o nagich drzewach. Zarówno tytuł, jak i okładka, są piękne i wieloznaczne: Cień Wiatru. Według informacji na promocyjnej obwolucie dzieło dotarło do finału nagrody Fernando Lara. A ponoć wyglądało na to, że książka w ogóle się ukaże, i tylko przekonanie niektórych członków jury o jej wartości sprawiło, że manuskrypt nie spoczął na cmentarzu zapomnianych książek. Na skrzydełku okładki cztery informacje na temat autora: Carlos Ruiz Zafón, barcelończyk, rocznik ’64, zaczynał jako autor książek dla młodzieży i mieszkał w Los Angeles, gdzie pisał scenariusze filmowe. Cień Wiatru ma 575 stron. Dziennikarzowi zaintrygowanemu tą nowością wydawniczą wydawało się, że to za dużo, ale mimo wszystko wziął książkę do domu i zaczął czytać.

Wszechświaty i bezsenne dusze

Lata czterdzieste. Chłopiec odwiedza prastary magazyn przy ulicy Arco del Teatro w barcelońskiej Dzielnicy Chińskiej. Na tym zakurzonym cmentarzu drzemią tysiące tomów, które nigdy nie ujrzą światła dziennego… chyba, że ktoś je przywróci do życia, czytając: „Byłem otoczony milionami porzuconych stronic, wszechświatów i bezsennych dusz, które łączyły się w jeden ocean ciemności, podczas gdy świat, który kipiał na zewnątrz, tracił wspomnienia, nawet nie zdając sobie z tego sprawy, i tak dzień po dniu, myśląc, że mądrzeje, im więcej zapominał”. Dzieciak wybiera Cień Wiatru niejakiego Juliana Caraxa. W ten sposób rozpoczyna śledztwo w poszukiwaniu tajemniczego autora, dochodzenie, które zaczyna się w epoce modernizmu i zostawia swój krwawy ślad w tragicznym lecie roku ‘36.

Umówiłem się na wywiad. Kiedy dotarłem do hotelu miałem już przeczytaną ponad połowę książki. Rozmowa z Ruizem Zafonem była pełna przyjacielskich uprzejmości. W 1992 r. zamienił stanowisko kreatywnego w reklamie na literaturę. Rok później zdobył nagrodę Edebé za Księcia Mgły. Za nagrodę miał sfinansować swój amerykański sen. Poleciał do Los Angeles. Jego zdanie na temat kina nie było optymistyczne: „Narodziło się jako rozrywka dla mas i sądzę, że dziś powróciło do swoich korzeni – jarmarcznego baraku”. Wierzył w powieść. W Cieniu Wiatru szczęśliwie ożenił klimaty powieści odcinkowej i fabryki snów, co doprawił szczyptą humoru. Dziedzictwo Marsego i Mendozy.

Czysty kunszt – jak uchwycić czytelnika od pierwszej linijki.

Po wywiadzie wróciłem do książki. Szczerze mówiąc, nie wierzyłem, że napięcie narracji zdoła się utrzymać aż do strony 575. Ale, mimo że była sobota, nie przestałem czytać. Aż do kropki na końcu powieści. Ukazała mi ona Barcelonę gotycką, „uwięzioną pod niebem z popiołu i parnego słońca, które wylewało się na Ramblę jak girlanda z płynnej miedzi”. Zaczęto o niej mówić. Mnożyły się rekomendacje i relacje, jakimi dzielili się czytelnicy z bardzo różnych środowisk.

Ruiza Zafóna zaczęto wydawać z wytrwałością silnika diesla. Jedną książkę komentowano na tysiące sposobów. Rok później Planeta zdała sobie sprawę, że ma swojej ofercie long seller. Nadeszły czasy twardej oprawy i wystawek w księgarniach. Oraz objazdów z prezentacją książki po Hiszpanii. Niewidzialna cenzura rynku nie wytępiła Cienia Wiatru. Powieść Ruiza Zafona dla dorosłych osiągała już takie same notowania, jak jego książki dla młodzieży. Sprzedaż przekroczyła 300 000 egzemplarzy. Przetłumaczono ją na kataloński i osiągnęła status jednej z najlepiej sprzedających się. Chciano zaproponować ekranizację, ale Ruiz Zafón dobrze zna pecha, jaki w przemyśle filmowym prześladuje literaturę. Nie można mu ufać.

Podczas ostatnich obchodów dnia książki, Sant Jordi, Ruiz Zafón był najbardziej poszukiwanym autorem. Pomiędzy jednym a drugim autografem osaczały go telewizyjne kamery. W międzyczasie jego powieść lśni w niemieckich księgarniach niczym diament wyszlifowany w prozie. Wszyscy mówią o jego następnej książce – wszyscy, tylko nie on. Czasem wpada do Barcelony: spaceruje w Dzielnicy Gotyckiej pomiędzy księgarniami ze starymi książkami, jakby pragnąc przywołać bohaterów, czekających, aż ich opisze. Zawsze przyobleczony w czerń i ze smokiem wpiętym w klapę stale śledzi tajemnice Barcelony.

Sergi Doria

ABC.es/Cultura/19.10.2003